@Kayaszu napisała niedawno post poświęcony świadomej decyzji o nie posiadaniu potomstwa, ale też potrzebie by nie musieć się z niej nikomu tłumaczyć ani odpowiadać na niechciane pytania i zarzuty.
Obok wielu wspierających komentarzy w duchu „żyj i daj żyć innym” pojawiły sie też liczne historie osobiste (nie tylko osób bezdzietnych, ale w przeróżnych innych konfiguracjach rodzinnych), które łączyło jedno – krytyka ze strony osób trzecich. Nie od dziś bowiem wiadomo, że najbardziej społecznie pożądanym w naszym kraju modelem rodziny jest 2+2, najchętniej w wersji „parka”, czyli koniecznie dzieci płci obojga. Jeżeli w jakikolwiek sposób wyłamiesz się z tego modelu, to istnieje duża szansa, że prędzej czy później załapiesz się na jakiś mniej, lub bardziej ofensywny komentarz. Niestety na porządku dziennym jest zarzucanie bezdzietnym „wygodnictwo, egoizm, robienie kariery”, rodzicom jedynaków, że „zrobią krzywdę dziecku, wyrośnie na egocentryka, będzie samotny”, rodzicom dzieci tej samej płci „oj, szkoda, że nie parka, nie udało się?”, rodzicom wielodzietnym „a wiecie co to antykoncepcja? czy może na 500+ się skusiliście?”. Każdy wybór ma prawo komuś innemu nie przypaść do gustu, co nie oznacza, że mamy prawo je głośno komentować, oceniać, nadawać etykietki, przypisywać intencje.
Jednak tym, co mnie najbardziej zaskoczyło we wspomnianej dyskusji, była ofensywna retoryka kilku antynatalistek. Dla niezorientowanych: antynatalizm to pogląd filozoficzny, wedle którego ludzie powinni zrezygnować z prokreacji, ponieważ jest moralnie zła. Aktualnie największą popularnością cieszy się w środowiskach lewicowych i proekologicznych (choć trzeba zaznaczyć, że nie jest zbyt popularny), w których problemowi przeludnienia przypisuje się główną odpowiedzialność za globalne ocieplenie. Z owej dyskusji mogliśmy dowiedzieć się się, że to chęć posiadania dzieci jest w swej istocie egoistyczna, bo dzieci nigdy nie płodzi się „dla ich dobra”, a jedynie dla zaspokojenia własnych potrzeb, traktując je „przedmiotowo”. Mogliśmy też przeczytać, że niektóre osoby uznające „rozmnażanie za niemoralne” wykluczają ze swojego otoczenia rodziców w przekonaniu, że nie warto utrzymywać bliskich relacji z ludźmi o „skrajnie innym systemie wartości”. W sumie nie powinno mnie to dziwić – ostatecznie nie tak dawno znana influencerka otwarcie napisała, że z tego samego powodu nie mogłaby kumplować się z katolikiem. Polaryzacja społeczna wciąż postępuje, a social media bardzo jej służą. A jednak nie tylko niezmiennie mnie dziwi, a wręcz przeraża ta „kultura wykluczenia”. Bo ja wychodzę z założenia, że mogę się z kimś nie zgadzać na jednej płaszczyźnie, ale świetnie dogadywać na innej.
Antynatalistyczne przekonania o niemoralności powoływania człowieka do życia bez jego zgody jest dla mnie rewersem chrześcijańskiego podejścia do aborcji. Z jednej strony mamy walkę o PRAWO do ŻYCIA (w imieniu osoby, która nie ma głosu), z drugiej zaś o PRAWO do NIEŻYCIA (bo przecież nie wiemy, czy ten ktoś chciałby się w ogóle począć). I choć wydaje mi sie to bardzo ciekawy temat do dyskusji filozoficznej, to jednak bardziej w tym wszystkim fascynuje mnie uniwersalne zjawisko radykalizacji w ramach swoich ideologii, które każe z poczuciem absolutnej słuszności piętnować cudze wybory i wartości.
